Co jakiś czas ktoś mnie pyta mnie co myślę o coraz powszechniejszym generowaniu obrazów w AI i czy obawiam się przez to wyparcia z rynku zawodu fotografa.

Dla mnie tworzenie, kreacja, przekładanie na obraz, a w ostatnim czasie również na słowa, moich myśli, inspiracji, emocji, są nieodłącznym elementem mojego życia.

Niejednokrotnie przekonywałam się, że to co tworzę z głębin mojego brzucha, jest mi potrzebne do przetwarzania rzeczywistości i radzenia sobie z nią. Wiem również, że moje działania mają moc wpływania na innych.

Moja „przygoda” z wypaleniem zawodowym (a tak naprawdę ogólnożyciowym) uzmysłowiła mi, że mam lekkość w pisaniu i robię to dobrze. Zaczęło się od pisania tak zwanego intuicyjnego, które służyło do zrzucenia myśli i emocji. Robiłam to regularnie przed dwa lata, codziennie. Kiedy prawie dwa lata temu napięcie sięgnęło zenitu i sytuacja stała się kryzysowa, zamieniłam pisanie intuicyjne na zupełnie świadome – ze strukturą, konkretnymi wątkami, i mimo że nadal swobodnie szłam za swoimi myślami, to jednak zaczęłam układać je w pełnoprawny tekst.

Praca nad tekstem mnie fascynuje. Kiedy pisałam artykuły o wypaleniu (nadal dostępne na moim blogu w kategorii „wypalenie na freelansie”), to właśnie ważenie, dobieranie, analiza słów pozwoliła mi precyzyjnie wyrazić to, co czuję. Nie mam wątpliwości, że było to działanie autoterapeutyczne.
I chyba nie muszę dodawać, że otrzymanie gotowego tekstu na ten temat, nic by do mojego życia nie wniosło.

Ale wracając do fotografii. Pamiętam kiedy w trakcie terapii nastąpił ważny, ale bolesny moment pewnego bardzo osobistego odkrycia – to właśnie fotografia pozwoliła mi zmaterializować moje emocje.
Wracając do domu od mojej terapeutki doznałam niesamowitego przeżycia. Rejestrowałam jak w mojej wyobraźni układają się obrazy, jak czucie zmienia się w konkretną wizualizację. W przeciągu następnych tygodni powstał cykl fotografii pt. Szelest, dokładnie na podstawie tego co zobaczyłam wtedy w mojej głowie.
W tym wypadku mniej interesują mnie walory artystyczne tej serii (choć myślę, że jest niezły), dużo bardziej fakt, że byłam w stanie, dzięki kreacji przetworzyć te przeżycia.

 

SZELEST drzewa

Fotografia z cyklu SZELEST.

 

I to jest właśnie sedno. Człowiek jest istotą kreatywną, istotą która nieustannie tworzy. To proces, który wpływa na nasz rozwój, na możliwość przetwarzania tego co w nas. Pomaga w komunikowaniu się, a czasem wręcz jest jedyną możliwą formą uzewnętrznienia naszych emocji oraz wejścia w relację.
I nie ma tu znaczenia czy ktoś robi na drutach, maluje czy tańczy. Liczy się ekspresja.

Czy to wszystko da mi AI? Nie, nie da. Bo mi nie chodzi o to, by mieć obrazek czy tekst na już. Mnie chodzi o to, by go tworzyć, krok po kroku. Czyli chodzi o drogę, nie tylko o cel.
W tworzeniu jeszcze jedna rzecz jest istotna – ruch. Wprawiam ciało w ruch, wchodzę w interakcję z miejscem, człowiekiem, nawiązuję relacje. Tym bardziej to doceniam, im częściej spędzam czas przy komputerze. Ciało człowieka zostało zbudowane do ruchu, nie do życia bez niego.

I odpowiadając na pytanie przytoczone na początku tekstu:
zapewne są dziedziny fotografii, w których człowiek z aparatem fotograficznym nie będzie potrzebny. I to się już wydarzało w przeszłości – na przykład duże firmy meblarskie zastępowały fotografów wnętrz renderami 3D. O ile się nie mylę – na przykład IKEA.
Ale tam gdzie chodzi o doświadczanie, przeżycie, rozmowę, uwagę, odczuwanie, bycie obecną/ym – fotograf nadal będzie potrzebny.

Przyglądam się czasom cyfrowym i obserwuję coraz więcej inicjatyw, które mają na celu powrót do bycia ze sobą na żywo, w świecie realnym. Człowiek nadal jest zwierzęciem stadnym, relacyjnym, potrzebującym drugiego człowieka, by regulować swoje emocje.
Naturalną potrzebę równowagi, balansu dostrzegam również w kontekście świata wirtualnego. Czym więcej algorytmów dyktujących nam co mamy oglądać i słuchać, czym więcej sztuczności w obrazach udających rzeczywistość, czym więcej izolacji wynikającej z przebywania przed ekranem, tym więcej działań, które mają na celu integrację, żywą relację, wspólne działanie, przeżywanie i doświadczanie.

Proces kreacji bywa trudny, wymagający, długotrwały. Ale przynosi poczucie spełnienia, satysfakcji, przyjemności, umożliwia wyrażanie naszej indywidualności, może nadawać sens życiu. To ważny element człowieczeństwa.
Świat fotografii, po raz kolejny, się zmienia, a fotografom każe podążać za tymi zmianami. I może paradoksalnie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, czuję fotografię przede wszystkim jako patrzenie i widzenie, odczuwanie i przeżywanie, coraz mniej interesuje mnie masowość, szybkość, sztuczność. I jeśli przez to pozostanę w niszy, zamierzam się w niej rozgościć.

 

Wiosna rozkwita w Częstochowie, a szczegółowo rzecz biorąc, Wiosna Fotografii.
To nowy festiwal na mapie wydarzeń fotograficznych, na którym zobaczycie prace wykładowców/czyń i studentów/ek Zakładu Fotografii Uniwersytetu Jana Długosza.

Szalenie mi przyjemnie, że jako debiutująca wykładowczyni w UJD, również dorzucę coś swojego.
Wystawy i spotkania autorskie już w najbliższą sobotę i niedzielę 21 i 22 marca, w budynku przy Dąbrowskiego 14 w Częstochowie.
Zerknijcie na stronę festiwalu: wiosnafotografii.pl Zapowiada się bardzo dobrze.

Mój pokaz fotografii odbędzie się w niedzielę 22 marca, o 15.00, i spędzę na festiwalu niestety jedynie niedzielę, bo sobota wzywa mnie w zupełnie innym miejscu.

Do zobaczenia!

Nie pamiętam, w którym momencie stała się dla mnie tak ważna.
Cisza.

Zauważałam, że coraz więcej hałasu w przestrzeni publicznej, czy też tego wdzierającego się do mojego domu, drażni mój system nerwowy. Zdałam sobie sprawę, że jestem przebodźcowana i zmęczona. I że te dźwięki wcale nie muszą być głośne, wystarczy że są.

W ostatnich dwóch latach, kiedy borykałam się z wypaleniem zawodowym i epizodami depresyjnymi, świadomie zaczęłam szukać spokoju i ciszy oraz baczniej zwracać uwagę na to jakie dźwięki mnie otaczają.
Zanieczyszczenie hałasem jest ogromne. I zdaje się spora jego ilość jest generowana niepotrzebnie, bezmyślnie.

Znam osoby, które bez słuchawek tłumiących dźwięki nie wychodzą z domu. Rozumiem decyzję Krakowa, który właśnie wprowadza mandaty za głośne rozmowy telefoniczne i odtwarzanie multimediów dźwiękowych bez słuchawek w środkach komunikacji miejskiej.
Trudno mi pojąć tę modę na słuchanie rozmówcy będącego w trybie głośnomówiącym. To są właśnie takie elementy, które niby wielką sprawą nie są, tylko kiedy przemnożymy wielość takich sytuacji i wielość źródeł zaszumiaczy w tym samym czasie, robi się z tego ściana dodatkowego dźwięku, która dociera na naszych uszu.
I nasuwa mi jeszcze się pytanie: czy ta osoba, po drugiej stronie, wie że jej wynurzeń słucha pół tramwaju?

Jest mroźna połowa stycznia, spadł śnieg. To jedyny gwarant na to, że w przestrzeń osiedlową nie przyjdą panowie z dmuchawami spalinowymi.
Dmuchawy spalinowe są jak wrzód na dupie. Boli, a nie możesz zmienić pozycji.
Do tego posta załączam filmik, który nakręciłam z okna mojego mieszkania. Był taki czas, że pracownik z dmuchawą pojawiał się na osiedlu prawie codziennie. W końcu interweniowałam u zarządcy z prośba o podjęcie działań. Często pracuję w domu (zapewne nie tylko ja) i przy otwartym oknie ten hałas jest nie do wytrzymania. Plus smród spalin.
Dodam, że często te praktyki odbywają się wczesnym rankiem, na przykład od 7, więc nie ma szansy, by spokojnie wejść w nowy dzień.
No i teraz gdyby jeszcze te działania miały jakiś sens… Mój filmik dokładnie pokazuje ich absurd. Taka osoba przedmuchuje z kąta w kąt pył i liście, nawet w wietrzny dzień, co urzeka mnie szczególnie. Niczego nie sprząta, niczego nie porządkuje, taka osoba nie zbiera śmieci z chodników czy trawników. A po chwili wszystko wygląda jak przed przejściem pana-dmuchawy.

A propos dmuchawy w okolicach 7 rano. W Szkole Podstawowej nr 36 przy Iłłakowiczówny, pan dozorca zaczyna właśnie o tej porze. Ciekawi mnie czy nie robi tego później, by nie przeszkadzać uczniom i nauczycielom w lekcjach zaczynających się od 8? Mieszkańcom przecież można.

Wiele miast takich jak Warszawa, Kraków, Wrocław czy Łódź wprowadzają ograniczenia lub zupełny zakaz używania tych urządzeń (i dotyczy to nie tylko spalinówek, ale też dmuchaw elektrycznych), właśnie ze względu na hałas i emisję zanieczyszczeń.
Kiedy Katowice?

100 decybeli, tyle zazwyczaj emituje dmuchawa spalinowa. Na stronie Audiki – sieci centrów zajmujących się zdrowiem słuchu, znalazłam ciekawe porównanie:
• 0 decybeli – próg słyszalności człowieka
• 30 decybeli – cichy szept
• 60 decybeli – normalna rozmowa
• 90 decybeli – młot pneumatyczny
• 120 decybeli – próg bólu

I dalej za Audiką – oczywiście poziom hałasu jest pojęciem względnym, zależy od rodzaju i długości dźwięku oraz poziomu wrażliwości osoby na te doznania. Przyjmuje się jednak, że poziom niepożądanego hałasu, zaczyna się od 40 decybeli. Większość ludzi określa taki poziom jako cichy, ale może już mieć negatywny wpływ na koncentrację i samopoczucie. I zapewne dlatego są tacy ludzie, którzy wybierają w pociągu strefę ciszy, by właśnie minimalizować ten ciągły szum.
Hałas powyżej 75 decybeli staje się szkodliwy dla zdrowia.

Zapewne ktoś mógłby skomentować moje wynurzenia: wyjedź na wieś, opuść miasto. Tak, jestem gotowa przenieść się w spokojniejsze rejony niż centrum miasta, ale nie w tym rzecz.
Jeśli nie mam ochoty iść na koncert do klubu – nie idę. Są sytuacje, wobec których jestem decyzyjna, mogę wziąć udział lub nie.
W sytuacjach związanych z obecnością „dmuchawca” pod moim domem – nic na tu i teraz nie mogę zrobić. Jestem zmuszana do bycia w hałasie. I o to właśnie chodzi, że nie dbamy o swój wzajemny komfort i dobrostan.

Zupełnie osobny tekst mogłabym przeznaczyć na opowieść o remontach i budowach, które odbywały się w moim najbliższym sąsiedztwie przez lata. Czasem się śmieję, że opatrzność na serio chce mnie wykurzyć z obecnego miejsca zamieszkania. Jest tu spora kolekcja, ale odwołam się do tych najaktualniejszych.

W mojej klatce schodowej niedawno odbywały się dwa remonty naraz. Pewnego dnia do tych remontów, doszła również wymiana okien u sąsiadki.
Kiedy ekipa zaczęła wykuwać stare okna, mój system nerwowy w ciągu kilku minut eksplodował. Czułam silne drżenie ciała i uczucie paniki. Dosłownie uciekałam z domu. Miałam pracę do zrobienia, więc z laptopem przeniosłam się do pobliskiej kawiarni. Potrzebowałam czasu, żeby się uspokoić.
To że remonty są uciążliwe wie każdy, ale okazuje się, że dobry zwyczaj uprzedzania sąsiadów o głośnych pracach budowlanych już nie obowiązuje. Powtórzę – nie dbamy o swój wzajemny komfort.
Trudny był to czas dla mnie. Ciągnący się przez kilka tygodni hałas wpływał na obniżenie mojego poczucia bezpieczeństwa, rozwalał koncentrację, pogłębiał zmęczenie.

Tak sobie myślę, że chyba nie nadaję się już do mieszkania w bloku. Choć mój duży nie jest (charakterystyczny bloczek z przełomu lat 50/60 katowickiej Koszutki), to jednak ciągłe doświadczanie dźwięków obecności sąsiadów, zwłaszcza w tym dla mnie szczególnym czasie, to zbyt wiele. To takie tło, które zazwyczaj w dużym natężeniu nie występuje, ale występuje nieustająco. Szczególnie chciałabym się pożegnać z rytmem dnia moich sąsiadów z góry. Każdy krok, każda rozmowa, tym bardziej kłótnia, kotlety w niedzielę, spuszczanie wody w toalecie, wizyta wnuków. Nie chcę w tym uczestniczyć i nie dlatego, że mam coś przeciwko tym ludziom, tylko dlatego, że nie chcę być zmuszana do bycia częścią ich codzienności. Nie tego potrzebuję.

Czasem się zastanawiam, na ile jest to tylko przewrażliwienie spowodowane moją kondycją psychiczną, niedawnymi kłopotami, i po prostu mój system nerwowy nie jest już w stanie tego przyjąć. A na ile, jako ludzie, tak zbiorowo, przekroczyliśmy rozsądne i zdrowe dawki hałasu, który serwujemy sobie każdego dnia.
Z biegiem czasu zmieniam swoje nawyki. Parę lat temu przestałam słuchać radia – krzykliwe reklamy oraz nadmiar dźwięków przypadkowych piosenek, powodował u mnie irytację.
Chodząc po mieście, często z rozmysłem wybieram trasę, która nie prowadzi wzdłuż ulic o największym natężeniu ruchu (ruch uliczny to też temat z tego gatunku, ale teraz go nie rozwinę).
Kiedyś wystarczyło, że spędziłam dzień w górach, albo pojechałam na spacer do lasu, by się głęboko wyciszyć. W tej chwili to mi nie wystarcza. Marzę o ciszy, która może mi towarzyszyć w moich codziennych czynnościach. W zasypianiu, w powolnym witaniu dnia, w zwykłości.

Mam poczucie, że wiele da się zrobić w kwestii ograniczenia hałasu, ale jest jeden warunek. Musimy kierować się dobrem nas wszystkich, myśleć o dobrostanie społeczności wokół, nie tylko o swojej własnej wygodzie.

Wrócę jeszcze do tematu dmuchaw. Moja znajoma Iwona Szoka, równocześnie Prezeska Zarządu Fundacji Opus Unicus, stworzyła petycję, będącą listem otwartym do Wojewody naszego województwa Marka Wójcika z prośbą o ograniczenie dmuchaw w przestrzeni publicznej.
Jej treść znajdziesz TUTAJ.
Jeśli i Tobie przeszkadza nadmierny i bezsensowny hałas, czujesz że zwyczajnie masz już dość zanieczyszczenia dźwiękiem, proszę podpisz tę petycję. Presja społeczna ma sens.

styczeń 2026

 

cisza felieton petycja w sprawie ograniczenia używania dmuchaw spalinowych w przestrzeni publicznej

Spotkanie autorskie wokół seansu w fotoplastykonie w Muzeum Śląskim w Katowicach.

Zapraszam z przyjemnością 7 lutego, w sobotę, o godzinie 17.00 na rozmowę z twórcami oraz jedną twórczynią (czyli mną) seansu w fotoplastykonie, o kulisach powstawania naszych fotografii i wędrówek po Jurze.
Seans nosi nazwę „Tam, gdzie przeplatają się czasy”, jego kuratorem jest Kamil Myszkowski, i towarzyszy wystawie „Jura. Kraina bez końca”.

Mój cykl: Szept duszy zaklętej w skale.
Podążając leśną ścieżką pomiędzy jurajskimi skałami, można poczuć, że ktoś ci się przygląda, wyłania na moment zza skały i obserwuje dokąd zmierzasz.
Odwracasz się, ale nikogo nie dostrzegasz. Pozostaje tylko dziwne uczucie, że ci się nie zdawało.

Spotkanie poprowadzi Kamil Myszkowski, autorzy: Łukasz Cyrus, Antoni Kreis, Arkadiusz Ławrywianiec, Grzegorz Maciąg, Mirosław Miranowicz, Joanna Nowicka, Aleksander Orszulik, Krzysztof Szlapa, Janusz Wojcieszak.
A wszystkich nas łączy Związek Polskich Artystów Fotografików, Okręg Śląski.

Jurajska wystawa + seans w fotoplastykonie dostępne są do zwiedzania do 15 marca 2026.

Do zobaczenia!

 

szept duszy zaklętej w skale muzeum śląskie fotoplastykon spotkanie autorskie

Joanna Nowicka Studio Portretowe

Portret, który otwiera ten wpis, to mój autoportret wykonany w 2004 roku. Mocne w tamtym czasie zawirowania przechodziłam, ale jedno było niezmienne. Moja pasja portretowania była ponad wszystko. Tworzyłam dużo, odważnie i po swojemu.
Dobrze przypomnieć sobie ten błysk w oku.

 

Kiedy myślę o tworzeniu portretów pojawia mi się soczewka na dostrzeganie subtelności, niezwykłości w każdej/ym z nas, na akcentowanie duszy przed ciałem, celebrowanie chwili jakim jest spotkanie wokół obiektywu.
Miękkość, wrażliwość, dotykanie sedna. Moc, nie siła.
Bez generowania obrazków w AI, zmieniania obrazu w zalewie retuszy.
Z łagodnością i akceptacją. Bez przymusu i narzuconych trendów. W świetle i lekkości jasnych tonów czy tajemnicy kryjącej się w cieniu.
W czarno-bieli.

Tworzenie monochromatyczne od zawsze dostarczało mi więcej przeżyć estetycznych niż kolor. Jakoś tak czułam, że pomiędzy cieniem, a światłem można dostrzec więcej i zajrzeć głębiej.
Lubię prostotę, minimalizm i graficzność.

I to nie jest tak, że zupełnie nie lubię kolorów w fotografii, czy nie podobają mi się zdjęcia kolorowe. Często robią na mnie wrażenie. Chodzi po prostu o to, że ja nie umiem w kolory, nie widzę ich, albo – może to będzie trafniejsze – dużo trudniej mi sobie wyobrazić ich kompozycję, niż taką złożoną z form i struktur w skali szarości.

Zanim weszłam do zawodowej fotografii, czyli w okresie 2000 – 2006, fotografowałam tylko monochromatycznie, analogowo, czyli na kliszach. Do skali szarości, klisza dodawała miękkość, ziarno, błędy w naświetlaniu czy wywoływaniu. To wszystko razem tworzyło interesujący i niepowtarzalny mix.
A potem postanowiłam wejść do zawodu, co wymagało ode mnie błyskawicznego przestawienia się na cyfrę i kolor. Był to warunek konieczny, by zacząć pracę jako fotoreporterka. I oczywiście niczego nie żałuję. Ale spoglądając na ostatnie lata, wiem że gdzieś po drodze straciłam ten vibe, synchronizację z tym co w fotografii lubię najbardziej. Myślę, że była to jedna z przyczyn wypalenia zawodowego, z którym zmagałam się na przestrzeni ostatnich dwóch lat (wypalenie na freelansie).

Ostatnio w internetach trafiłam na taki post, gdzie wyświetlały się slajdy z dwoma kontrastowymi zdjęciami „teraz” i „kiedyś”. Zdjęcia zestawiały ze sobą oszczędną, monochromatyczną przestrzeń ulic, mieszkań, miejsc publicznych, z takimi ze sporą dawką koloru. Podpis głosił: odbiera nam się kolory, świat szarzeje.

Przyszły do mnie dwie myśli. Pierwsza to taka, że to zawsze kwestia gustu. Paleta jest naprawdę szeroka i podobać nam się mogą skrajne rzeczy. I to jest w porządku. Jeśli zapraszam do wejścia w moja wizję fotografii czarno – białej, to przyjmą je tylko ci, którym się to podoba. I tyle.
Druga, że przechodzenie w obszar minimalizmu – w formie, ilości, treści, jest moim zdaniem ściśle skorelowane z przeładowaniem współczesnego świata. W ostatnim czasie cierpię na przebodźcowanie, na wielu poziomach. Staram się więc uspokajać to, co wokół mnie – więcej ciszy (o niej będę pisać tekst), mniej rzeczy, wolniej, spokojniej. I może również dlatego monochromatyczniej.
Domyślam się, że nie tylko ja tak mam. Potrzeba stonowania, to potrzeba naszych systemów nerwowych. Odpowiedzią może być minimalizm.
A komentarze pod wspomnianym postem tylko potwierdziły moje rozważania. Będą zwolennicy jednego i drugiego nurtu. I to nam daje różnorodność, na szczęście.

Jest jeszcze jeden wątek, który ma dla mnie znaczenie, kiedy myślę o fotografii czarno – białej. Elegancka klasyka, ponadczasowość i nawiązanie do ikonicznych portretów uznanych fotografów, którymi pomimo upływu lat, wciąż się zachwycamy. Klasyka ma to do siebie, że się nie starzeje, nie ulega trendom, a jedynie lawiruje pomiędzy epokami. I za to ją cenię.

Kiedy obecny kierunek nabierał we mnie klarowności, uzmysłowiłam sobie, że działanie bez presji, w zgodzie ze sobą, bez nachalnego przekonywania siebie czy kogoś, to mój priorytet. To w zasadzie warunek konieczny, by wrócić do portretowania z przyjemnością i bez ścisku w brzuchu. Odpowiedzią jest więc klasyka i na ten moment nie chcę robić tego inaczej.
Czy będą wyjątki od tej monochromatycznej reguły? Możliwe. Ale powstaną bez presji.
Czy w ten sposób już na zawsze? Nie wiem, zasadniczo nic nie jest na zawsze.
Teraz jest teraz.

Myślałam, że schodzę do niszy. A ja po prostu wracam do swoich fotograficznych korzeni.

 

Joanna Nowicka Studio Portretowe klasyczna fotografia portrety czarno - białe

Portrety w powyższej mozaice to jedne z moich ulubionych, które stworzyłam w ostatnich latach. W takiej stylistyce czuję się najlepiej.

 

styczeń 2026

Siedzę na kanapie znajdującej się na antresoli w warsztacie samochodowym, z góry widzę pana stukającego w klawiaturę. Chwilę wcześniej przyjął mój samochód na wymianę poduszki powietrznej.

Wzięłam ze sobą laptopa, więc i ja stukam w klawiaturę. Jadąc do warsztatu zaświtał mi pomysł, by napisać tekst… o pisaniu. W ostatnich dniach ten wątek nabrał dla mnie szczególnego znaczenia.

Trzy i pół roku temu, pamiętnego dla mnie czerwca 2022, wydarzyło się kilka istotnych rzeczy mających wpływ na moją przyszłość (czego wtedy jeszcze nie byłam świadoma), w tym pojawiła się czynność codziennego pisania.
Przeczytałam wtedy książkę Droga Artysty Julii Cameron, w której autorka zachęca do codziennego zrzutu myśli – pisania kilku stron tekstu. Tematyka, stylistyka nie są ważne, bo istotą jest sama czynność pisania, a nie założenie by coś konkretnego napisać. Chodziło wyłącznie o to, żeby dać upust myślom, żeby w niepohamowany sposób mogły znaleźć ujście i przybrać formę tekstu. Zmaterializować się. Ta czynność okazała się dla mnie stałym punktem poranków i pozwoliła mi na przyjrzenie się temu, co zalega w zakamarkach mojej głowy.
Sądzę, że to pisanie, wykonywane przeze mnie regularnie przez dwa lata, miało niebagatelne znaczenie dla całego procesu, w którym nadal jestem – precyzowania ciemnych złogów zalegających w mojej duszy, uwalniania emocji, które skatalizowały się w trudnym, ale koniecznym momencie zwrotnym zwanym wypaleniem.

Dokładnie dwa lata później, w 2024, również w czerwcu, zaczęłam swoją terapię i wtedy też ostatecznie poczułam, że to pisanie powinno przybrać bardziej ustrukturyzowaną formę. Śmieję się czasem, że rozpoczęła się ostra orka, to i pisanie musiało przyjąć inną strukturę. Poczułam, że z tego musi coś wynikać, że efektem składania literek i słów powinna być myśl, którą mogę przekazać dalej.
Od kilku miesięcy prowadziłam już wtedy bloga związanego z fotografią, ale mocnym punktem stało się rozpoczęcie pisania powieści.
Z początku pisałam bardzo regularnie i dużo, bez planu szczegółowego, zupełnie intuicyjnie. Po jakimś czasie skorzystałam z konsultacji pisarskiej u Magdaleny Genow, od której dostałam sporo wartościowych uwag. Uwzględniając je, rozmyślam nad dalszym ciągiem.

Nadeszła wiosna 2025 i wskutek moich „przygód” związanych z wypaleniem (zawodowym), przestałam pracować. Nie byłam w stanie wziąć aparatu do rąk, wejść do studia, rozmawiać z klientami. Byłam już dobrych kilka miesięcy w terapii i nadszedł moment kiedy nie mogłam kreślić zmian w moim życiu zawodowym, będąc cały czas w tym samym schemacie. Potrzebowałam przerwy i dystansu.
We wspomnianym czasie skupiłam się na pisaniu tekstów o wypaleniu (zawodowym). To słowo „zawodowe” biorę w nawias, bo w moim odczuciu było to przede wszystkim wypalenie życiowe, które zaznaczyło się najpierw w pracy, ale nie tam miało swój początek.
Napisałam kilka tekstów na ten temat (są dostępne tu na blogu, w kategorii „wypalenie na freelansie”), łącznie z publikacją w Ślązagu. Przez dwa miesiące bardzo głęboko analizowałam siebie w zetknięciu z tym zjawiskiem, podeszłam do wypalenia z różnych kierunków. Nie muszę zaznaczać, że to pisanie miało dla mnie przede wszystkim terapeutyczne znaczenie. Układanie myśli na kartce, praca nad tekstem zmusza do bardzo gruntownego przemyślenia tematu. Miałam świadomość, że precyzyjne nazwanie moich przeżyć pomoże mi zamknąć ten etap, zdystansować się do niego. I tak się stało.

Z początkiem zimy 2025 poczułam, że mam również ochotę publikować na swoim blogu „felietony z życia” na tematy różne, niekoniecznie dotyczące fotografii i życia z fotografią.
Nabrałam też gotowości, by pisać nie tylko pod szyldem własnego bloga, ale wyjść ze swoimi słowami do szerszej publiczności.

 

blog Joanny Nowickiej felietony z życia pisanie

 

Mimo że to wszystko o czym wspominam powyżej wygląda zupełnie nieźle, jak kawał fajnej przygody i zupełnie nowy kierunek w moim życiu, to dopiero kilka dni temu pojawiło się zdanie, które dla mnie jest jak game changer.

To z czym mierzyłam się w ostatnich latach, co okrutnie nasiliło się w trakcie wypalenia i co nadal dzwoni mi w uszach, to poczucie braku sprawczości i skuteczności. Nie będę w tym miejscu rozwijać tego wątku, niemniej to przekonanie jest jednym z tych, które w perspektywie ostatnich lat stało się w moim życiu dojmujące.

I teraz, całe na biało, wjeżdża zdanie: PISANIE TO POCZUCIE SPRAWCZOŚCI.

Te słowa padły w podcaście K3 Dariusza Bugalskiego, a wypowiedziała je Maja Jaszewska opowiadająca o kreatywnym pisaniu (odc. 254). Oryginalnie brzmiały: „Pisanie kreatywne to cudowne poczucie sprawczości, niemal demiurgiczne, to jest cudowne doświadczenie wolności”.

Bang!

Wewnętrzne poczucie sprawczości jest podwaliną skuteczności w działaniu, które przekłada się na konkretne efekty.

Zdałam sobie sprawę, że moja przygoda z pisaniem miała dodatkową, niezwykle ważną funkcję. Pozwoliła mi być sprawczą w okresie, kiedy grunt uciekł mi spod stóp i wydawało mi się, że nic już nie jestem w stanie zrobić, dokonać, załatwić i w konsekwencji zmienić.
Nie byłam tego świadoma. Pozornie proste odkrycie ostatnich dni, że układanie słów zależy wyłącznie ode mnie i to kiedy i o czym piszę jest moją autonomiczną decyzją, przywróciło mi poczucie sprawczości.

Idąc dalej – moje pisanie okazało się skuteczne, gdyż na przykład seria teksów o wypaleniu (zawodowym) spowodowała liczne reakcje czytających, dyskusje oraz kilka propozycji za tym płynących.
Wobec tych faktów musiałam zweryfikować kategoryczne twierdzenie o własnej niesprawczości i nieskuteczności, i przyjąć, że to przekonanie nie jest zgodne z prawdą. I nawet jeśli czuję je nadal – bo dotyczy bardzo określonych aspektów mojego życia – to nie może się już rozlewać na całą mnie.
Zawsze byłam bardzo krytyczna i wymagająca wobec siebie. To cechy perfekcjonizmu.
Czas obalić kolejne niewspierające przekonanie. I robię to właśnie dzięki pisaniu.

Kilka miesięcy temu, idąc osiedlową uliczką niedaleko mojego domu, zwróciłam uwagę na starszą panią, która ciągnęła swojego psa na smyczy w taki sposób, że zwierzak nie był w stanie się wysikać, ani tym bardziej spokojnie obwąchać swój teren. Pani szła szybko, nie zwracając uwagi na potrzeby psa. A pies co się zatrzymał na sekundę i podnosił łapę, zanim zdążył oddać mocz, już był szarpany i zmuszany do dalszego marszu.
Zatrzymywał się więc coraz częściej, zaczął oporować i wtedy pani przeklinając pod nosem, ciągnęła go jeszcze brutalniej.

I to był ten moment kiedy zareagowałam. Zwróciłam pani uwagę na całą tę sytuację i zrobiłam to w bardzo zdecydowany sposób.
Reakcja drugiej strony – drobne zmieszanie i tłumaczenie, że „pies ciągle wącha”.
No tak do cholery, bo to jest jego naturalny odruch i potrzeba.

Fragment tej rozmowy usłyszała przechodząca nieopodal pani, która wyciągnęła telefon i zaczęła nagrywać szarpanego psa i jego właścicielkę. I dodatkowo poinformowała, że wezwie policję, jeśli kobieta nie przestanie zachowywać się brutalnie w stosunku do zwierzęcia.
Ostatecznie „opiekunka” psa się uspokoiła, przez jakiś czas jeszcze obserwowałyśmy jej zachowanie.

Nie był to pierwszy raz kiedy byłam świadkiem takiej sytuacji. Pamiętam drobnego buldożka, który próbując się zatrzymać, z tyłkiem przy chodniku, robił kolejne bobki w biegu. Wtedy też nie wytrzymałam. Pan nic nie odpowiedział, zatrzymał się i poczekał, aż pies się wypróżni.
Albo mikro pieska, który za każdym razem kiedy właściciel szarpnął smyczą, piesek tracił równowagę i się przewracał.

Kiedy widzę psiarza idącego tak naprawdę samego ze sobą, zastanawiam się dlaczego zdecydował się na opiekę nad psem.
Ciągnięcie psa na smyczy jest nagminne. I nie mówię tu o sytuacji kiedy pies jest energiczny i się wyrywa.
Mówię o pieskach starszych, które ewidentnie chodzą już wolniej, albo o małych psiakach, dla których dotrzymanie kroku dorosłemu człowiekowi idącemu szybko, to spory wysiłek. Mówię też o tych psach, które podążając za swoim instynktem, mają potrzebę obwąchać teren i sprawdzić wszystkie kąty.

A co robi człowiek w tym czasie?
Widzę to często. Idzie i zupełnie nie zwraca uwagi na to, co się dzieje na drugim końcu smyczy. Jest zajęty rozmową telefoniczną, albo grzebaniem w telefonie. Pędzi.
Albo blokuje smycz za każdym razem kiedy pies chce niuchnąć.
Nie mówi do psa, tylko szarpie. Wiecznie SZARPIE.

Wygląda to tak, jakby wyprowadzenie psa na spacer było przykrym obowiązkiem, wywołującym irytację i gniew.
Pies może siknąć w pośpiechu, zrobić kupę w pośpiechu i grzecznie asfaltem, przy nodze, ma wrócić do domu.

Czy psiarze przejawiający takie zachowania mają psy, ale tak naprawdę nie chcą ich mieć? Czy nie są świadomi potrzeb swoich zwierzaków? Gdzie miejsce na czułą opiekę?
Dlaczego wspomniane zachowania są tak częstym zjawiskiem?

 

blog felietony z życia pieskie życie psi los

Fota ilustrująca ten tekst pochodzi z krótkiego cyklu, który realizowałam w 2006 roku, w schronisku dla bezdomnych zwierząt w Gliwicach. I tak jasne, tamtym psom wiodło się gorzej. Ale nie interesuje mnie równanie w dół.

Podążając leśną ścieżką pomiędzy jurajskimi skałami, można poczuć, że ktoś ci się przygląda, wyłania na moment zza skały i obserwuje dokąd zmierzasz.
Odwracasz się, ale nikogo nie widzisz. Pozostaje tylko dziwne uczucie, że ci się nie zdawało.

 

fotoplastykon Joanna Nowicka wystawa muzeum śląskie katowice

 

Mój cykl pt. „Szept duszy zaklętej w skale” zaprezentowany będzie podczas seansu w fotoplastykonie w Muzeum Śląskim.
To kilku zdjęciowa legenda o kimś, kto błąka się wśród jurajskich skał, bezgłośnie przemierza las, wciąż szuka, ale nie znajduje.

Powiem wprost. Jaram się okrutnie! Fotoplastykon to XIX-wieczne urządzenie, w którym umiejscowione są wizjery do oglądania fotografii. Siadasz na jednym z kilkunastu miejsc i zerkając do środka oglądasz przesuwające się trójwymiarowe obrazy.

Jestem jedną z dziewięciu osób reprezentujących Związek Polskich Artystów Fotografików Okręg Śląski, które pod wspólnym tytułem „Tam, gdzie przeplatają się czasy” pokażą swoje zdjęcia w fotoplastykonie.
Kuratorem tej wspaniałej inicjatywy jest Kamil Myszkowski.

Zapraszam was 16 października 2025, w czwartek, na godzinę 18.00 na poziom -4 Muzeum Śląskiego w Katowicach.

Seans jest dostępny do 15.03.2026 i towarzyszy wystawie „Jura. Kraina bez końca”.

 

A poniżej plakat reklamujący wydarzenie:

muzeum śląskie katowice wystawa fotoplastykon

Mój tekst pt. „Zobacz siebie inaczej” został opublikowany na łamach portalu Ślązag. Zapraszam do czytania: link.

Publikacja ta była możliwa dzięki współpracy Ślązaga z kolektywem KAŻDA JEST WAŻNA, którego jestem częścią.

„Zobacz siebie inaczej. Jak poczuć się ze sobą dobrze i polubić siebie na zdjęciach?” to przede wszystkim świetny program warsztatowy, który może stać się twoim udziałem przed dowolną sesją portretową u mnie (szczegóły), albo może zaistnieć jako wystąpienie POWER SPEECH w czasie konferencji czy eventu.

Działalność prowadzona w trybie zleceń, których ilość i intensywność nie zawsze da się przewidzieć, powoduje określone skutki. To charakterystyka branży kreatywnej i życia większości twórców, którzy działają jako freelancerzy, pod szyldem własnej działalności gospodarczej.

Taki schemat powoduje postawę stałej gotowości do pracy, kosztem swoich zainteresowań, odpoczynku czy zdrowia. Częstą postawą wśród twórców jest przedkładanie pracy zawodowej nad wymienione przeze mnie aspekty życia. To kwestia lęku i obaw, czy kolejne zlecenia będą.
I niestety druga strona, czyli zleceniodawca, jest tego świadoma, i niejednokrotnie na tym bazuje, by osiągnąć swoje cele szybciej i taniej.

Będąc freelancerem, łatwo wpaść w kołowrotek bieżących spraw zawodowych i nie patrzeć na swoją sytuację perspektywicznie. Skupienie na tzw. „bieżączce” zajmuje większość czasu i trudniej przekierować go na planowanie, opiekę nad sobą i pewnego rodzaju wyhamowanie, by sprawdzić czy jest nam w tej całej sytuacji komfortowo.

Dla mnie takim zatrzymaniem było wypalenie zawodowe okraszone epizodami depresyjnymi. W moim wypadku to było już zderzenie ze ścianą, ale oczywiście lepiej nie czekać do tego momentu. Choć wiem jak to działa – bardzo długo można nie dostrzegać symptomów, zagłuszać znaki, udawać, że wszystko jest ok.

Wyobrażam sobie, że są różne sposoby na to by, sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Myślę, że dobrym nawykiem może tu być takie „sprawdzam” co jakiś czas: jak się mam w danej sytuacji, jak oceniam określony kawałek życia, czy jest w porządku, czy raczej do poprawy.
Jakiś czas temu poznałam ciekawe narzędzie, które może w tym procesie pomóc.

 

PRObeing model Maja Mazerant warsztaty

 

Kilka tygodni temu trafiłam na warsztaty pt. „Twórcza równowaga. Znajdź swoją ścieżkę (do) przyszłości” prowadzone przez Maję Ruszkowską – Mazerant. Byłam już wtedy w pewnym oddaleniu od moich zeszłorocznych kłopotów, ale nadal ponosiłam konsekwencje wypalenia. Korzystałam więc z różnych możliwości pracy rozwojowej, chciałam złapać świeże spojrzenie, nauczyć się nowych rzeczy, obrać nowe kierunki.

Istotą tych warsztatów jest praca z narzędziem PRObeing model, autorską metodą Mai i Macieja Mazerant. W pięknej przestrzeni Work Place 59 w Łodzi, w atmosferze gościnności, wraz z grupą ciekawych ludzi, spędziłam niezwykle twórczy czas wypełniony rozmowami, wymianą doświadczeń, doskonałym jedzeniem (chleb i ciasto domowej roboty) i oczywiście pracą z PRObeing model.

Narzędzie to prawdziwie mnie urzekło. Strona wizualna, na którą zawsze zwracam uwagę, jest świetna. Stonowane barwy i dobry projekt, papier – możliwość pracy „analogowej”, jasno sformułowane instrukcje, teka, którą można zabrać ze sobą, by kontynuować pracę w domu.

PRObeing model porządkuje, zwraca uwagę na to, co wymaga zadbania, zmiany i przewartościowania. Co więcej można stosować zarówno wtedy, kiedy potrzeba jest gruntownych zmian, ale też wtedy kiedy oczekujemy zaledwie korekty planów.
Na planie koła – swoistego koła życia – przyglądałam się poszczególnym jego kawałkom:
organizacji pracy i czasu wolnego, finansom, rozwojowi osobistemu, zdrowiu i profilaktyce, odpoczynkowi, planowaniu.
Kredką czy mazakiem, kolorowałam pola wedle swojego stanu faktycznego – na ile dany obszar życia jest w porządku, a na ile wymaga zmian.

Nie pamiętam kiedy cokolwiek ostatni raz kolorowałam, więc sama ta czynność sprawiła mi przyjemność. To trochę jak z fotografią analogową – uruchamia się tryb slow. Wiele w takich czynnościach manualnych jest przestrzeni na sformułowanie myśli, czasem wypowiedzenie ich na głos, a w przypadku PRObeing zmaterializowania ich za pomocą plamy koloru.

Dużo czasu przeznaczyliśmy też na rozmowę o wartościach i wybór tych, które stoją na czele indywidualnej listy. Określenie priorytetów w tej dziedzinie, sporo ułatwia. Nadaje kierunek zmianom, krystalizuje cele, wpływa na motywację albo pomaga wrócić do tzw. fabrycznych ustawień.

 

PRObeing model Maja Mazerant warsztaty

 

To był bardzo dobry dzień. Twórczy, refleksyjny, wartościowy. Ja osobiście, znalazłam w tym narzędziu podsumowanie całej mojej terapeutycznej pracy, którą wykonałam w ostatnich 13 miesiącach. Zajrzenie w poszczególne obszary życia dało mi pewność, że zajęłam się wszystkim, czym powinnam była się zająć. Nadal jestem w procesie wprowadzania zmian, budowania struktury na nowo, przewartościowywania wielu aspektów mojego życia. Jestem w miejscu, które można nazwać „pomiędzy”. Pomiędzy starym, a nowym. Choć zdecydowanie już bardziej po stronie nowego.

Kawał pracy idący z poważnego tąpnięcia. Ale wierzę, że można zmiany wprowadzać wcześniej, zanim sytuacja stanie się krytyczna. Zachowanie łączności ze sobą, swoją psyche, duszą i ciałem jest kluczowe, a zatrzymanie i zadawanie pytań jest świetną metodą. Jak sądzę jest wiele dobrych narzędzi, warsztatów i szkoleń rozwojowych, a PRObeing model z pewnością jest jednym z nich.

 

Zrób klik na stronę: www.probeing.pl

Wszystkie moje teksty o wypaleniu znajdziesz w kategorii: wypalenie na freelansie.

sierpień 2025