Cześć Marta! Poznałyśmy się w tym roku (2024) w moim Studio Portretowym dzięki Cyklowi Sztuka w Służbie Ducha i Ciała organizowanym przez Fundację Sztuka dla Życia. Wzięłaś udział w sesji fotograficznej pt. Portret Kobiety, dla kobiet doświadczonych onkologicznie.
Opowiedz proszę swoją historię.

Zachorowałam mając 31 lat, zdiagnozowano u mnie raka piersi. Najpierw poddano mnie chemioterapii wlewowej, potem przeszłam mastektomię wraz z usunięciem węzłów chłonnych. Pomimo tego leczenia nadal miałam w organizmie komórki nowotworowe, więc wdrożono kolejną chemioterapię, tym razem tabletkową oraz terapię hormonalną. O ile pierwszą chemioterapię przeszłam w miarę dobrze – straciłam włosy i byłam osłabiona, to ta druga mnie zmiotła. Byłam bardzo obolała, miałam liczne skutki uboczne, z którymi walczę do tej pory. Diagnoza padła w 2020 roku, leczenie trwało prawie dwa lata.

Zwróciłaś moją uwagę swoją otwartością, radością i odwagą – chciałaś sfotografować się w taki sposób, by było widać brak jednej piersi. Nie miałaś oporów?

Od dawna miałam ochotę na sesję portretową, zanim jeszcze zachorowałam. No ale nie zrobiłam tego wtedy i cieszę się, że w końcu stanęłam przed obiektywem. Zauważyłam w mediach społecznościowych na profilu mojej znajomej publikację z zeszłorocznej sesji Portretu Kobiety i ogłoszenie o kolejnej edycji. Napisałam od razu zgłaszając chęć udziału.
Nie miałam oporów. Wiedziałam, że prędzej czy później te fotografie będą opublikowane, więc przyszłam z przesłaniem dla innych. Chciałam za tym pośrednictwem powiedzieć kobietom, że nie mają się czego wstydzić. Toczą ciężką walkę o życie, a przejmują się tym, że straciły włosy. Nawet przy stracie piersi, można zrobić rekonstrukcję, mamy do tego prawo i można to jakoś naprawić. Życie jest najważniejsze.
Więc biorąc udział w sesji fotograficznej – podjęcie decyzji zajęło mi 30 sekund! – chciałam zapewnić, że nawet po takich przejściach, kobieta nadal pozostaje kobietą, z całą jej kobiecością – uśmiechem, szczęściem, pasjami. Wygląd w życiu się zmienia, kiedyś byłam bardzo szczupła, potem ważyłam więcej, a teraz też ta waga będzie się wahać, bo jestem na silnych hormonach. Ale nie zamierzam się ukrywać pod workowatymi ciuchami, z krągłościami też można założyć sukienkę. Jeżeli ja się czuję dobrze, to to jest najważniejsze. Akceptacja siebie samej jest ważna, tym bardziej, że są rzeczy na które nie mamy wpływu.

Brzmisz jak byś akceptowała się bezwarunkowo. Czy zawsze tak było, czy dopiero czas chorowania skierował Twoją uwagę na fakt, że są rzeczy ważne i ważniejsze?

Nie miałam tak wcześniej. Bardzo zwracałam uwagę na to jak wyglądam i miewałam z tym kłopot. Ale mam wrażenie, że to przez osoby trzecie. W podstawówce i potem w gimnazjum miałam ciężko. Mam sporą bliznę po oparzeniu, zajmuje połowę mojej klatki piersiowej. Mając trzy i pół roku wylałam na siebie wrzątek, a koszulka ze sztucznego tworzywa przykleiła się do skóry powodując w konsekwencji te blizny.
Więc w szkole byłam raczej kozłem ofiarnym, nie miałam łatwo.

To mamy tu podobne doświadczenia. Ja mając kilka lat ściągnęłam na siebie patelnię z gorącym tłuszczem. Oparzyłam sobie pół twarzy na granicy z okiem i dekolt. Lekarze mówili rodzicom, że czeka mnie seria operacji plastycznych, bo blizny będą spore. Jakimś szczęśliwym trafem, rodzice zdobyli lekarstwo, które jako pianka zastygało na poparzonej skórze, w taki sposób, że nie trzeba było robić opatrunków. Ich zmiany i naruszanie tym samym skóry, mogłyby spowodować zbliznowacenia. Efekt jest taki, że za wyjątkiem niewielkiego śladu na obojczyku, reszta skóry zregenerowała się w stu procentach.
Ale zostawiając moje doświadczenia, a wracając do Ciebie – zarówno oparzenie, jak i nowotwór to ta sama strona klatki piersiowej?

Tak. Po oparzeniu lekarze mówili by czekać aż dorosnę, dojrzeję i piersi urosną, bo wtedy będzie możliwy przeszczep skóry. Do 15 roku życia czekałam na to. A potem, kiedy zaczęłam się dowiadywać jak to ma wyglądać, że skórę trzeba będzie pobrać z mojej nogi, to zadecydowałam że nie chcę tego. Że akceptuję tą bliznę i swój wygląd. Ubierałam bluzki z głębokimi dekoltami, nie przejmując się komentarzami innych. Ewidentnie moja samoocena powędrowała dużo wyżej.
Później doświadczyłam znowu zachwiania mojego poczucia własnej wartości, przyczynił się do tego mój były mąż, od którego w efekcie odeszłam. I dla siebie i dla mojego dziecka.
W tej chwili, po doświadczeniach onkologicznych i utracie oparzonej piersi, nie zwracam uwagi na drobiazgi – na przykład na dodatkowe kilogramy – wiem z czego to wynika. To nie moje niedbalstwo, tylko efekt leczenia. Mam swoją granicę kilogramów, której nie chcę przekroczyć, ale też nie zamęczam się na siłowni.

Wspominałaś, że zdecydowałaś się na rekonstrukcję piersi.

Tak, zdecydowałam się. Nie będzie idealnie, na pewno będą różnice pomiędzy piersiami, ale nie szkodzi.

Ale blizn nie zlikwidujesz?

Nie, no skąd! To już mój znak firmowy! To mnie wyróżnia, taka jestem.
Przykro mi kiedy widzę kobiety usilnie zakrywające swoje niedoskonałości. W trakcie leczenia, siedząc w szpitalu i czekając na swoją kolej, poznałam w poczekalni panią, tak na oko w wieku 70ciu lat. Miałam niezakrytą łysą głowę i koszulkę, w której widać było brak jednej piersi. Pani (później się dowiedziałam, że przeszła obustronną mastektomię) podeszła do mnie i zapytała – jak to się stało, że się nie wstydzę, że siedzę zupełnie bez skrępowania i nie zakrywam się. Powiedziałam jej, że dla mnie to nie jest nic strasznego. Wręcz przeciwnie, to efekt tego, że walczę o życie, że stanęłam do tej walki. Potem widziałyśmy się ponownie, tym razem podeszła do mnie i mnie uściskała oraz podziękowała za to, że mogła spojrzeć na tą sprawę i na siebie z zupełnie innej perspektywy. Zaznaczyła, że może nie będzie się już tak zakrywać tonąc w szerokich ubraniach, że to co mówią inni może nie ma znaczenia.
No właśnie, bo to nie ci inni walczą, tylko ja walczyłam, ta pani walczyła i to było najważniejsze. A nie spojrzenia innych.
Czasem nosiłam chustkę na głowie, zawsze jakąś fantazyjną, z dużymi kokardami, w kwiaty, leniwce. Nie skrywałam się, nie chciałam być szarą myszką, chciałam dobrze się poczuć i wykorzystać tę sytuację, by dodać sobie kolorytu.
Ja byłam chora tylko na chwilę, tak sobie powtarzałam. To co ma się w głowie ma kolosalny wpływ na to jak przebiega proces leczenia.

Mam wrażenie, że teraz czerpiesz poczucie własnej wartości z siebie, ze swojego wnętrza, a nie warunkujesz go tym co na zewnątrz.

Tak, ale nie da się ukryć, że choroba wpłynęła na relacje, zacieśnienie więzi z moimi przyjaciółmi i moją siostrą, zweryfikowała też wiele innych relacji, sporo osób odeszło, nie przetrwał mój związek. Cóż, mój wygląd okazał się ważniejszy.. Ale wiem, że nie będę z kimś dlatego że muszę (bo może już nikogo innego nie znajdę), tylko dlatego że chcę. Mam kilka kilogramów więcej, dobrze się z tym czuję. Wyglądam jak wyglądam.
Zaczęłam spełniać swoje marzenia, chorobę odebrałam jako ostrzeżenie, by nie odkładać niczego na później. Niedawno wróciłam ze wspólnego wyjazdu z moją siostrą, nigdy wcześniej tego nie robiłyśmy.
Mój szesnastoletni syn przeszedł przyśpieszony kurs dorosłości, czasem czuje się inny, ale nie przeszkadza mu to. Oboje jesteśmy inni.

Widziałam w mediach społecznościowych, że prowadzisz zbiórkę na swoją rzecz. Powiedz coś więcej na ten temat.

Kiedyś uważałam, że ze wszystkim sobie sama poradzę. Życie to zweryfikowało. Choroba to jedno, ale jeszcze ważne co po niej. Muszę regularnie robić badania, stale przyjmuję leki. Chemia zniszczyła mi zęby, które chcę wyleczyć.
W związku z tym postanowiłam założyć konto w Fundacji Alivia i prowadzić onkozbiórkę, dzięki której nie muszę martwić się o pieniądze na konieczne wydatki związane z konsekwencjami choroby. Jestem wdzięczna darczyńcom za te wpłaty.

Marta bardzo Ci dziękuję za szczerą rozmowę i życzę wszelkiej pomyślności.

Link do zbiórki Marty: onkozbiorka.pl/marta-stachowicz

Trafiają czasem do mnie klienci, których rozczarowała współpraca z poprzednim fotografem i nie byli zadowoleni z efektu sesji fotograficznej.

Fotografia to absolutnie demokratyczna dziedzina, może ją uprawiać każdy i na każdym poziomie zaangażowania – sporadycznie, hobbystycznie lub zawodowo. By uprawiać ten zawód nie potrzeba żadnej szkoły czy potwierdzenia kwalifikacji. Fotografuje w zasadzie każdy.
Jak więc znaleźć odpowiedniego fotografa do współpracy?

Najczęściej klienci trafiają do mnie poprzez rekomendacje. Wiedzą już kim jestem i czym się zajmuję. Mimo to upewniam się, że widzieli moje portfolio.
Pracuję w określonym stylu i konwencji. Nie oznacza to, że nie umiem zrobić zdjęć inaczej, oznacza to natomiast, że w moim stylu robię je najlepiej. Jeżeli oglądasz moje portrety i ci się podobają oraz wiesz, że właśnie takie chcesz, to rosną szanse na to, że spełnię twoje oczekiwania w tym zakresie.

Nie musisz się znać na fotografii oczywiście, kategoria podoba mi się / nie podoba mi się to już dobry początek. Odbiór fotografii zawsze jest skorelowany z naszym poczuciem estetyki i gustem, więc szanse na zadowalający cię efekt rosną, jeśli po prostu podobają ci się prace fotografa.
Lecz na pewno warto sprawdzić kilka rzeczy zanim zlecisz wykonanie sesji zdjęciowej.

Budując swoją markę i prowadząc działalność fotograficzną zawodowo, dbam o swój rozwój, wysoką jakość fotografii, profesjonalną współpracę z klientami. To suma doświadczeń uzbierana przez kilkanaście lat praktyki.
Sprawdź więc jakie doświadczenie ma fotograf, z którym chcesz podjąć współpracę, jak długo jest na rynku.
Oczywiście, każdy kiedyś zaczynał i nie da się inaczej budować doświadczenia zawodowego, jak tylko poprzez praktykę. Wiadomo. Ale dobrze po prostu wiedzieć, że wchodzisz we współpracę z kimś, kto ma za sobą kilka zleceń danego typu, a nie kilkaset.

Pierwsze lata w zawodzie pracowałam jako fotoreporterka. Różnorodność tematów, które zrealizowałam była naprawdę spora, więc mogłabym robić zlecenia z bardzo wielu dziedzin fotografii. Mimo tego jestem fanką specjalizacji.
Doinwestowanie w konkretne sprzęty fotograficzne potrzebne w danej dziedzinie, doskonalenie umiejętności, doświadczenie zdobywane poprzez koncentrację na węższej działce fotografii powodują, że z czasem fotograf jest postrzegany jako specjalista w swojej dziedzinie.
Więc jeżeli chcesz zrobić sesję zdjęciową swoich produktów, poszukuj fotografa, który specjalizuje się w fotografii produktowej. Poradzi sobie ze sfotografowaniem np. połyskujących, odbijających światło przedmiotów, będzie miał pomysły i materiały do zaaranżowania scenerii. Natomiast portrecista powinien oprócz umiejętności technicznych związanych np. z oświetleniem studyjnym, mieć też zdolności interpersonalne – umieć stworzyć przyjazną atmosferę i dobre relacje – te umiejętności wpłyną na Twój komfort na planie zdjęciowym.
Każda dziedzina fotografii wymaga postawienia akcentów gdzie indziej, więc wybranie specjalizacji sprzyja dążeniu do mistrzostwa.

I na koniec, dobrze jest najpierw porozmawiać z fotografem, telefonicznie albo osobiście. Tak zwana chemia pomiędzy ludźmi nie jest przereklamowana. Jeśli czujesz, że dobrze się rozumiecie, rozmowa jest owocna i współpraca ma szansę przynieść to, czego potrzebujesz do realizacji swoich zawodowych spraw, można przystąpić do omawiania szczegółów.

Podsumowując: portfolio, doświadczenie, specjalizacja fotografa oraz dobra energia między wami – zwróć na te elementy uwagę, zanim zlecisz wykonanie wizerunkowej sesji zdjęciowej.

Kiedy uzbiera mi się kilka negatywów do wywołania, zamawiam chemię i zabieram się do ciemniowej pracy.
Jakie było moje zdziwienie i rozczarowanie, kiedy okazało się, że nie jestem w stanie zamówić czarno-białej chemii Tetenala… gdyż ta firma przestała ją produkować.

Pomimo zmieniających się czasów, fotografia analogowa wciąż ma się dobrze. To że przybywają kolejne możliwości i narzędzia nie oznacza, że to koniec technik szlachetnych. Oznacza to jedynie, że mamy więcej możliwości i narzędzi.
Mimo tego wśród producentów materiałów do obsługi fotografii analogowej bywają pewne zawirowania, jakieś artykuły znikają z rynku, inne wracają.

Tym razem przyszedł czas na Tetenal. Bardzo żałuję, te produkty nigdy mnie nie zawiodły, co w przypadku tej delikatnej materii jaką jest wywoływanie negatywów, ma znaczenie.

Czasem słyszę pytania – jak Ci się chce babrać w ciemni? A mnie nadal rajcuje ta forma uzyskiwania obrazu.
Tą metodą realizuję mój długoterminowy projekt One People Story (więcej na jego temat przeczytasz TU).

Średnioformatowy analogowy Hasselblad to często jedyny aparat (nie licząc telefonu), jaki noszę przy sobie. Zdjęcia powstają spontanicznie, w odpowiedzi na ciekawą scenę, interesującą postać, intrygującą sytuację. Niespiesznie i bez presji.
Zdarza się też, że w ramach One People Story realizuję fotografie na konkretne zlecenie. Tak powstała seria Faces of JazzArt, portrety muzyków biorących udział w Katowice JazzArt Festival. Albo seria, którą zrobiłam w Veszprem na Węgrzech, w ramach rezydencji artystycznej będącej częścią Europejskiej Stolicy Kultury Veszprem-Balaton 2023.

To co lubię najbardziej w całym procesie tworzenia portretów analogowo, to jego powolność. Dla mnie to balans w zestawieniu z fotografią komercyjną, gdzie działam w ścisłych ramach czasowych. Oraz zupełna wolność w formie i treści.

A więc jak to robię?

Hasselblad to aparat, który tworzy kwadraty o wielkości 6 na 6 cm, na kliszy (w moim przypadku monochromatycznej). Więc na jednym filmie mam do dyspozycji 12 klatek.
Zwykle wykonuję jedno zdjęcie osoby/sytuacji/scenerii. Trochę to ryzykowne, ale trzeba przyznać, że obdarzam tę „klatkę” dużą uważnością – mierzę światło światłomierzem, precyzyjnie kadruję. Ale zdarza mi się też działać na zupełnym spontanie kierując się jedynie intuicją. Oba sposoby zwykle mnie nie zawodzą.

Kiedy uzbieram kilka negatywów, przystępuję do ich wywołania, co zawsze robię osobiście. Nie lubię zlecać tego procesu, zdarzało się, że negatywy były porysowane, źle wypłukane lub z odbitymi paluchami.
Do wywoływania negatywów nie potrzebuję ciemni – osobnego pomieszczenia, wystarczy specjalna tkanina, tworząca szczelny namiot, w którym można bezpiecznie wyciągnąć negatyw ze szpuli i nawinąć go na szpulę koreksu. Koreks to pojemnik, również nie przepuszczający światła, w którym dokonuję kąpieli chemicznych, by wywołać film.

Odpowiednio przyrządzoną chemię – czyli rozcieńczony we właściwych proporcjach wywoływacz (pracowałam na Tetenal Ultrafin) i utrwalacz (Tetenal SuperFix) wlewam kolejno do koreksu. Najpierw wywoływacz, potem przerwanie wywoływania np. wodą, następnie utrwalacz i na koniec dłuższe płukanie w wodzie, by pozbyć się resztek chemii. Całość zwykle trwa ok 45 minut.

Po wypłukaniu film musi wyschnąć. Ja go po prostu rozwieszam i czekam aż będzie zupełnie suchy.

Na tym etapie można pójść dwiema drogami. Kontynuować proces powstawania fotografii w ciemni (powiększalnik + chemia + papier fotograficzny), albo zastosować hybrydowe rozwiązanie czyli zeskanować filmy i wydrukować zdjęcia.
Wiele godzin przepracowałam w ciemni robiąc samodzielnie odbitki. Tak powstawały moje pierwsze portrety czy klatki z miasta, na przestrzeni lat 2001 – 2006.
W tej chwili wybieram drugie rozwiązanie. Skanuję filmy – zawsze z oryginalną ramką negatywu, czyli to zawsze pełen, oryginalny kadr, pracuję nad nimi tonalnie w programie Lightroom, następnie drukuję.

Drukowanie serii One People Story to ważny element całości. Wybrałam do tego projektu papier bezkwasowy, zupełnie matowy kartonik, który pięknie podkreśla miękkość tych fotografii i daje smoliste czernie.
Kwadraciki drukuję w formacie 10 na 10 cm i przechowuję w Czarnym Pudełku, wyprodukowanym specjalnie do tej kolekcji. Natomiast jeśli chcę ofiarować kwadrat osobie sportretowanej, pakuję go w czarną kopertę z logo projektu, również wyprodukowanej specjalnie do tej serii.

Pomimo dygitalizacji, przywiązuję większą wagę do pokazywania tych fotografii na żywo, niż w internecie. Na mojej stronie stworzyłam galerię jednego zdjęcia i wymieniam je w co drugi poniedziałek. Po co? W tej chwili kolekcja liczy ponad 250 fotografii. Nikt nie wytrzyma przeklikiwania takiej ilości 😉 Lepiej skupić się na jednym obrazku, a większą ilość obejrzeć na wystawie. Powoli też czuję gotowość do ubrania tej opowieści w książkę.

Jeszcze raz zapraszam Cię na stronę projektu TU, możesz zajrzeć do portfolio oraz zobaczyć dwa filmy wideo na ten temat. Śmiało!

To co w takim razie z chemią?
Pracuję na negatywach firmy Ilford, więc postanowiłam wypróbować chemię tej samej produkcji. Czekam na przesyłkę 🙂

W poprzednim tekście na temat samoakceptacji (link) skupiłam się na asymetryczności ciała, zwłaszcza twarzy. Pokazałam coś co jest zupełnie naturalne, a wzbudza w ludziach sporo autokrytyki.

Tamten tekst zaczęłam od zdania:
„Jakie najczęściej słyszę słowa, kiedy klienci przekraczają próg mojego Studia Portretowego? Jestem niefotogeniczna/y, nie lubię siebie na zdjęciach, nie cierpię zdjęć.”
Chcę rozwinąć ten wątek.
Bo takie słowa zwykle padają na początek. Potem jest już tylko gorzej.

Ale morda.
Kwadratowy łeb.
Gruba krowa.
Przykro mi, niestety jestem fatalnym materiałem do zdjęć.
Mój najlepszy czas już minął.
Kiepski nos.
Niestety muszę na siebie patrzeć.
Jeeeezu, ale jestem ulana.
Mam twarz jak pizza.
Nie uśmiechnę się. Nie cierpię swojego uśmiechu.
Te ramiona są koszmarne.
Wyglądam jak szafa czterodrzwiowa.
Dłonie muszę ukryć, mam fatalne paznokcie.
Niestety mam jedno oko wyżej, źle to wygląda.
Czy nie dało by się poprawić tych uszu? Brzydkie są.
Matko jaki brzuch! Wyglądam jak w ciąży.
Niestety z moimi włosami nic nie zrobię, tragedia.
Nie wiem co ze mną da się zrobić. Raczej nic.
Zdjęcia są super, ale ja na nich – dramat.
Z tej gęby nic nie będzie.
No niestety mam trudną twarz, nie wiem jak sobie z nią poradzisz.
Modelką to nie jestem.
Nie lubię siebie z rozpuszczonymi włosami.
Wyglądam jak stary dziad.
Ja pierdolę, nie mogę na siebie patrzeć.

I mogłabym tak jeszcze wymieniać….

Często czuję bezradność, kiedy słyszę takie słowa. Nie mają one pokrycia w rzeczywistości, tej obiektywnej. Co ciekawe, zawsze kiedy pracuję z zespołem i uczestniczki/cy sesji mają okazję zobaczyć swoją koleżankę/kolegę, reagują zupełnie inaczej, o niebo przychylniej, wskazują ujęcia, które im się podobają, słyszę zachwyty i aprobatę. I często komentarz: no ty super, ale ja fatalnie.

Czasem nawet czuję złość, jest mi przykro, że ludzie mówią o sobie tak bardzo źle. Wyobraź sobie, że codziennie zwracasz się do siebie w ten sposób. Powtarzasz te „prawdy” utwierdzając się w swojej racji. Widzisz się w ten sposób, nie przyjmujesz że może być inaczej.
Brak w tym czułości, łagodności i zrozumienia dla siebie, przyzwolenia na słabości, akceptacji że czasem czujesz się lepiej, a czasem gorzej, łączności z ciałem.
Jest za to bezwzględna krytyka.

Zmęczenie, niewyspanie, pośpiech dnia codziennego, niedobór czasu dla siebie, brak ruchu, byle jakie jedzenie, źle dobrany strój.
To wszystko ma wpływ na to jak się czujesz, postrzegasz i w konsekwencji jak o sobie mówisz. Daleka jestem od udzielania rad i nie będę tego robić. Nie oceniam tego zachowania. Wiem, że wynika z całego wachlarza przeżyć, doświadczeń, wpływów kultury i wychowania, stylu życia. Marzę natomiast, by ludzie patrzyli na siebie łagodniej, by dali sobie trochę czasu i czułości.
Pewnie dlatego priorytetem dla mnie jest by osoby, które odwiedzają moje Studio czuły się w nim swobodnie, bezpiecznie, staram się stworzyć przyjazne warunki, by choć trochę zminimalizować częsty dyskomfort wynikający z bycia przed obiektywem.

Mam taki cytat (nie pamiętam czyje to słowa) wydrukowany i wyeksponowany w moim studio: „Ćwicz się w mówieniu o sobie dobrze”.
I z tym Cię zostawię.

Fotografie: portrety kobiet powstały w moim Studio Portretowym – między innymi Magdy Daniłoś orędowniczki „Bój się i rób” i życzliwości dla siebie. Portret mężczyzny powstał natomiast na zlecenie marki Kosciuschko w przestrzeniach Fabryki Porcelany w Katowicach.

Cześć Edyto, witam Cię na moim blogu! Zajmujesz się coachingiem, facylitacją, przywództwem, prowadzisz szkolenia dla biznesu. Jesteś aktywna w mediach społecznościowych, regularnie dzielisz się swoją wiedzą i doświadczeniem. Jak znajdujesz pomysły na tematy i motywację do bycia systematyczną w tym co robisz?

Inspiracje zmieniają się w zależności od momentu w moim życiu. Staram się jednak poza jakimś ogólnym zamysłem na temat mojego przekazu reagować na bieżąco na sytuacje życiowe i społeczne. Niekoniecznie na to co już powstaje w sieci. Mam wrażenie, że obecnie jedyną gwarancją na udane publikacje jest dzielenie się własnymi doświadczeniami w połączeniu z wiedzą. Jeśli staramy się wpisać w co rusz zmieniające się trendy, zawsze pozostaniemy jedynie odtwórcami. Więc jeśli coś poruszy moje serce, jakaś sytuacja mnie zaskoczy, przyjdzie do mnie jakaś myśl, redaguję ją w post w mediach społecznościowych. To jest gwarancja zdrowej inspiracji i nietuzinkowości wpisów. Przecież nikt nie żyje dokładnie takim samym życiem jak my. Jednak większość z nas boryka się z podobnymi problemami. Dlatego właśnie dzielenie się własną perspektywą jest cenne dla czytelnika.

Media społecznościowe dość łatwo uczą systematyczności ucinając regularnie zasięgi, jeśli więc chcę by mój wpływ dosięgał więcej niż 10 odbiorców, muszę być konsekwentna. Dobrą metodą jest oczywiście spisywanie własnych myśli. Ja mam skrzynkę odbiorczą, gdzie sama piszę do siebie i z tych najbardziej płodnych w przemyślenia dni, mogę później tworzyć kolejne i kolejne wpisy.

Na co dzień pracuję jako trenerka przywództwa i komunikacji, działam również intensywnie w obszarze coachingu i facylitacji, ale nie ograniczam swojej komunikacji tylko do tych obszarów. Działania społeczne na rzecz inkluzywności czy aktywność w obszarze wspierania młodzieży, również dotykają mojego serca, więc automatycznie sytuacje związane z tymi kwestiami stają się inspiracją do przemyśleń, a te do kolejnych publikacji.

Jak sprawić by komunikacja była efektywna? Na co stawiasz akcenty?

Ja myślę obrazami, więc nie wyobrażam sobie by moje komunikacja nie była nimi wspierana. Zazwyczaj, kiedy staram się dotrzeć z jakąś informacją, wpisowi towarzyszy najbardziej adekwatne do niego zdjęcie. Często jest to jakiś rodzaj grafiki, które mniej lub bardziej udolnie produkuję samodzielnie, kiedy mam czas, bo choć nie jest to obszar mojego talentu, to czasem zdecydowanie jest to moja forma relaksu. Przekaz naszych myśli powinien być jasny. Zawsze czytam półgłosem, to co już napisałam, a chcę opublikować. Ilekroć wcześniej zdarzyło mi się tego nie zrobić, wpis nie był strawny. Jeśli czegoś nie da się przeczytać z lekkością, stracimy czytelnika, zanim dojdziemy do najważniejszych myśli w naszej wypowiedzi.

Najważniejsza według mnie jest jednak autentyczność. Do realizacji tego, oczywiście czasem muszę sięgać do zasobów własnej odwagi, ale nic nie jest tak przekonujące jak prawda.

Pracowałyśmy ze sobą kilkukrotnie, zarówno w moim Studio Portretowym (neutralne tło, minimalizm), jak i w Twoim biurze (przestrzeń i kontekst miejsca), sesje współtworzyłyśmy z Twoją wspólniczką Olą Goc. Jak te fotografie pracowały dla Ciebie (i Was) przez ostatnie miesiące?

Wchodząc do naszego biura by zrobić zdjęcia miałyśmy zupełnie inny cel niż kiedy wchodziłyśmy do studia. Piękne jest, to, że we współpracy z Tobą można opowiedzieć rodzaj historii, którą te zdjęcia mają przekazywać i później, te zdjęcia są filarem wspierającym wypowiedź. Kiedy poczułam, że nastąpił przełom, od razu umówiłam się na nowe zdjęcie portretowe i opowiedziałam, jak widzę siebie w tej zmianie. Wiem, że aktualność fotografii ma ogromne znaczenie, ale też lubię zdjęcia, za którymi czuć jakąś historię, coś więcej niż po prostu ładne zdjęcie, do mediów.

Zdjęcia z naszej sesji z początku roku 2023 pojawiły się w zapowiedziach podcastów, konferencji, wywiadów i wielu publikacji, aż w końcu poczułam, że czas na coś nowego, a te powoli będą przechodzić do kategorii wspomnień. W tym obszarze nie lubię oszczędności, gdyż wszystko oceniamy w pierwszej kolejności po wyglądzie, czy to się komuś podoba czy też nie. Więc moje zdjęcia, to ja, moja praca, moja firma, moje kompetencje – muszą być dobre!

Co byś doradziła tym, którzy mając bogate doświadczenia, liczne talenty i wiedzę, przejawiają trudności w komunikowaniu swoich umiejętności i prezentowaniu się szerszej publiczności?

Wyjdź z szafy. Siedź w kącie, a znajdą cię, nie ma żadnego zastosowania w dzisiejszych czasach. Jeśli ktoś został obdarowany, ma talent, to według mnie powinien podzielić się nim ze światem. Jeśli nie wychodzimy do innych ludzi, to okradamy ich z możliwości skorzystania z naszej wiedzy. Jeśli ktoś ma pragnienie zostać odkryty po śmierci, to oczywiście, pozostawanie z talentem w domu jest najlepszym możliwym rozwiązaniem. Jeśli jest to jednak talent, który ujawnia się np. w mowie, to po śmierci nie zdziałamy już za wiele, a ja nie chcę mieć na nagrobku napisu, miała talent, ale zabrakło jej odwagi i wiary w siebie, bo czekała na lepsze dni. Są tak wielkie możliwości! Coaching, mentoring, szkolenia, terapie, YouTube, książki – można przepracować swoje lęki. Strach nie jest dobrym powodem by rezygnować z marzeń.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu zawodowym? Czym się kierujesz?

Muszę robić, to co sprawia mi radość – większość czasu. Prawda jest największą wartością. Jeśli ja czuję się prawdziwa w tym co robię nie sprzedaję, a kupują. Jeśli ja mam radość z tego co robię, to obcowanie ze mną jest przyjemnością dla innych. Kiedy w pracy odważam się na autentyczną komunikację z klientem, to co mówię staje się przełomowe dla niego i dla mnie. Autentyczność, zabawa i konsekwencja w działaniu. Kiedy zabraknie, któregoś z czynników, od razu odczuwam jakąś niespójność i mam ochotę na zmiany. Realizuje cele, nie myślę o emeryturze, tylko o tym, ile mogę zrobić z nadzieją, że będę mogła, to robić jak najdłużej. Moją energią są inni ludzie, oczywiście w odpowiedniej dawce i proporcji do ciszy i muzyki.

Dziękuję za rozmowę.