Felietony z życia. O mozaice z czerni i bieli.

Joanna Nowicka Studio Portretowe

Portret, który otwiera ten wpis, to mój autoportret wykonany w 2004 roku. Mocne w tamtym czasie zawirowania przechodziłam, ale jedno było niezmienne. Moja pasja portretowania była ponad wszystko. Tworzyłam dużo, odważnie i po swojemu.
Dobrze przypomnieć sobie ten błysk w oku.

 

Kiedy myślę o tworzeniu portretów pojawia mi się soczewka na dostrzeganie subtelności, niezwykłości w każdej/ym z nas, na akcentowanie duszy przed ciałem, celebrowanie chwili jakim jest spotkanie wokół obiektywu.
Miękkość, wrażliwość, dotykanie sedna. Moc, nie siła.
Bez generowania obrazków w AI, zmieniania obrazu w zalewie retuszy.
Z łagodnością i akceptacją. Bez przymusu i narzuconych trendów. W świetle i lekkości jasnych tonów czy tajemnicy kryjącej się w cieniu.
W czarno-bieli.

Tworzenie monochromatyczne od zawsze dostarczało mi więcej przeżyć estetycznych niż kolor. Jakoś tak czułam, że pomiędzy cieniem, a światłem można dostrzec więcej i zajrzeć głębiej.
Lubię prostotę, minimalizm i graficzność.

I to nie jest tak, że zupełnie nie lubię kolorów w fotografii, czy nie podobają mi się zdjęcia kolorowe. Często robią na mnie wrażenie. Chodzi po prostu o to, że ja nie umiem w kolory, nie widzę ich, albo – może to będzie trafniejsze – dużo trudniej mi sobie wyobrazić ich kompozycję, niż taką złożoną z form i struktur w skali szarości.

Zanim weszłam do zawodowej fotografii, czyli w okresie 2000 – 2006, fotografowałam tylko monochromatycznie, analogowo, czyli na kliszach. Do skali szarości, klisza dodawała miękkość, ziarno, błędy w naświetlaniu czy wywoływaniu. To wszystko razem tworzyło interesujący i niepowtarzalny mix.
A potem postanowiłam wejść do zawodu, co wymagało ode mnie błyskawicznego przestawienia się na cyfrę i kolor. Był to warunek konieczny, by zacząć pracę jako fotoreporterka. I oczywiście niczego nie żałuję. Ale spoglądając na ostatnie lata, wiem że gdzieś po drodze straciłam ten vibe, synchronizację z tym co w fotografii lubię najbardziej. Myślę, że była to jedna z przyczyn wypalenia zawodowego, z którym zmagałam się na przestrzeni ostatnich dwóch lat (wypalenie na freelansie).

Ostatnio w internetach trafiłam na taki post, gdzie wyświetlały się slajdy z dwoma kontrastowymi zdjęciami „teraz” i „kiedyś”. Zdjęcia zestawiały ze sobą oszczędną, monochromatyczną przestrzeń ulic, mieszkań, miejsc publicznych, z takimi ze sporą dawką koloru. Podpis głosił: odbiera nam się kolory, świat szarzeje.

Przyszły do mnie dwie myśli. Pierwsza to taka, że to zawsze kwestia gustu. Paleta jest naprawdę szeroka i podobać nam się mogą skrajne rzeczy. I to jest w porządku. Jeśli zapraszam do wejścia w moja wizję fotografii czarno – białej, to przyjmą je tylko ci, którym się to podoba. I tyle.
Druga, że przechodzenie w obszar minimalizmu – w formie, ilości, treści, jest moim zdaniem ściśle skorelowane z przeładowaniem współczesnego świata. W ostatnim czasie cierpię na przebodźcowanie, na wielu poziomach. Staram się więc uspokajać to, co wokół mnie – więcej ciszy (o niej będę pisać tekst), mniej rzeczy, wolniej, spokojniej. I może również dlatego monochromatyczniej.
Domyślam się, że nie tylko ja tak mam. Potrzeba stonowania, to potrzeba naszych systemów nerwowych. Odpowiedzią może być minimalizm.
A komentarze pod wspomnianym postem tylko potwierdziły moje rozważania. Będą zwolennicy jednego i drugiego nurtu. I to nam daje różnorodność, na szczęście.

Jest jeszcze jeden wątek, który ma dla mnie znaczenie, kiedy myślę o fotografii czarno – białej. Elegancka klasyka, ponadczasowość i nawiązanie do ikonicznych portretów uznanych fotografów, którymi pomimo upływu lat, wciąż się zachwycamy. Klasyka ma to do siebie, że się nie starzeje, nie ulega trendom, a jedynie lawiruje pomiędzy epokami. I za to ją cenię.

Kiedy obecny kierunek nabierał we mnie klarowności, uzmysłowiłam sobie, że działanie bez presji, w zgodzie ze sobą, bez nachalnego przekonywania siebie czy kogoś, to mój priorytet. To w zasadzie warunek konieczny, by wrócić do portretowania z przyjemnością i bez ścisku w brzuchu. Odpowiedzią jest więc klasyka i na ten moment nie chcę robić tego inaczej.
Czy będą wyjątki od tej monochromatycznej reguły? Możliwe. Ale powstaną bez presji.
Czy w ten sposób już na zawsze? Nie wiem, zasadniczo nic nie jest na zawsze.
Teraz jest teraz.

Myślałam, że schodzę do niszy. A ja po prostu wracam do swoich fotograficznych korzeni.

 

Joanna Nowicka Studio Portretowe klasyczna fotografia portrety czarno - białe

Portrety w powyższej mozaice to jedne z moich ulubionych, które stworzyłam w ostatnich latach. W takiej stylistyce czuję się najlepiej.

 

styczeń 2026

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments