Nie pamiętam, w którym momencie stała się dla mnie tak ważna.
Cisza.
Zauważałam, że coraz więcej hałasu w przestrzeni publicznej, czy też tego wdzierającego się do mojego domu, drażni mój system nerwowy. Zdałam sobie sprawę, że jestem przebodźcowana i zmęczona. I że te dźwięki wcale nie muszą być głośne, wystarczy że są.
W ostatnich dwóch latach, kiedy borykałam się z wypaleniem zawodowym i epizodami depresyjnymi, świadomie zaczęłam szukać spokoju i ciszy oraz baczniej zwracać uwagę na to jakie dźwięki mnie otaczają.
Zanieczyszczenie hałasem jest ogromne. I zdaje się spora jego ilość jest generowana niepotrzebnie, bezmyślnie.
Znam osoby, które bez słuchawek tłumiących dźwięki nie wychodzą z domu. Rozumiem decyzję Krakowa, który właśnie wprowadza mandaty za głośne rozmowy telefoniczne i odtwarzanie multimediów dźwiękowych bez słuchawek w środkach komunikacji miejskiej.
Trudno mi pojąć tę modę na słuchanie rozmówcy będącego w trybie głośnomówiącym. To są właśnie takie elementy, które niby wielką sprawą nie są, tylko kiedy przemnożymy wielość takich sytuacji i wielość źródeł zaszumiaczy w tym samym czasie, robi się z tego ściana dodatkowego dźwięku, która dociera na naszych uszu.
I nasuwa mi jeszcze się pytanie: czy ta osoba, po drugiej stronie, wie że jej wynurzeń słucha pół tramwaju?
Jest mroźna połowa stycznia, spadł śnieg. To jedyny gwarant na to, że w przestrzeń osiedlową nie przyjdą panowie z dmuchawami spalinowymi.
Dmuchawy spalinowe są jak wrzód na dupie. Boli, a nie możesz zmienić pozycji.
Do tego posta załączam filmik, który nakręciłam z okna mojego mieszkania. Był taki czas, że pracownik z dmuchawą pojawiał się na osiedlu prawie codziennie. W końcu interweniowałam u zarządcy z prośba o podjęcie działań. Często pracuję w domu (zapewne nie tylko ja) i przy otwartym oknie ten hałas jest nie do wytrzymania. Plus smród spalin.
Dodam, że często te praktyki odbywają się wczesnym rankiem, na przykład od 7, więc nie ma szansy, by spokojnie wejść w nowy dzień.
No i teraz gdyby jeszcze te działania miały jakiś sens… Mój filmik dokładnie pokazuje ich absurd. Taka osoba przedmuchuje z kąta w kąt pył i liście, nawet w wietrzny dzień, co urzeka mnie szczególnie. Niczego nie sprząta, niczego nie porządkuje, taka osoba nie zbiera śmieci z chodników czy trawników. A po chwili wszystko wygląda jak przed przejściem pana-dmuchawy.
A propos dmuchawy w okolicach 7 rano. W Szkole Podstawowej nr 36 przy Iłłakowiczówny, pan dozorca zaczyna właśnie o tej porze. Ciekawi mnie czy nie robi tego później, by nie przeszkadzać uczniom i nauczycielom w lekcjach zaczynających się od 8? Mieszkańcom przecież można.
Wiele miast takich jak Warszawa, Kraków, Wrocław czy Łódź wprowadzają ograniczenia lub zupełny zakaz używania tych urządzeń (i dotyczy to nie tylko spalinówek, ale też dmuchaw elektrycznych), właśnie ze względu na hałas i emisję zanieczyszczeń.
Kiedy Katowice?
100 decybeli, tyle zazwyczaj emituje dmuchawa spalinowa. Na stronie Audiki – sieci centrów zajmujących się zdrowiem słuchu, znalazłam ciekawe porównanie:
• 0 decybeli – próg słyszalności człowieka
• 30 decybeli – cichy szept
• 60 decybeli – normalna rozmowa
• 90 decybeli – młot pneumatyczny
• 120 decybeli – próg bólu
I dalej za Audiką – oczywiście poziom hałasu jest pojęciem względnym, zależy od rodzaju i długości dźwięku oraz poziomu wrażliwości osoby na te doznania. Przyjmuje się jednak, że poziom niepożądanego hałasu, zaczyna się od 40 decybeli. Większość ludzi określa taki poziom jako cichy, ale może już mieć negatywny wpływ na koncentrację i samopoczucie. I zapewne dlatego są tacy ludzie, którzy wybierają w pociągu strefę ciszy, by właśnie minimalizować ten ciągły szum.
Hałas powyżej 75 decybeli staje się szkodliwy dla zdrowia.
Zapewne ktoś mógłby skomentować moje wynurzenia: wyjedź na wieś, opuść miasto. Tak, jestem gotowa przenieść się w spokojniejsze rejony niż centrum miasta, ale nie w tym rzecz.
Jeśli nie mam ochoty iść na koncert do klubu – nie idę. Są sytuacje, wobec których jestem decyzyjna, mogę wziąć udział lub nie.
W sytuacjach związanych z obecnością „dmuchawca” pod moim domem – nic na tu i teraz nie mogę zrobić. Jestem zmuszana do bycia w hałasie. I o to właśnie chodzi, że nie dbamy o swój wzajemny komfort i dobrostan.
Zupełnie osobny tekst mogłabym przeznaczyć na opowieść o remontach i budowach, które odbywały się w moim najbliższym sąsiedztwie przez lata. Czasem się śmieję, że opatrzność na serio chce mnie wykurzyć z obecnego miejsca zamieszkania. Jest tu spora kolekcja, ale odwołam się do tych najaktualniejszych.
W mojej klatce schodowej niedawno odbywały się dwa remonty naraz. Pewnego dnia do tych remontów, doszła również wymiana okien u sąsiadki.
Kiedy ekipa zaczęła wykuwać stare okna, mój system nerwowy w ciągu kilku minut eksplodował. Czułam silne drżenie ciała i uczucie paniki. Dosłownie uciekałam z domu. Miałam pracę do zrobienia, więc z laptopem przeniosłam się do pobliskiej kawiarni. Potrzebowałam czasu, żeby się uspokoić.
To że remonty są uciążliwe wie każdy, ale okazuje się, że dobry zwyczaj uprzedzania sąsiadów o głośnych pracach budowlanych już nie obowiązuje. Powtórzę – nie dbamy o swój wzajemny komfort.
Trudny był to czas dla mnie. Ciągnący się przez kilka tygodni hałas wpływał na obniżenie mojego poczucia bezpieczeństwa, rozwalał koncentrację, pogłębiał zmęczenie.
Tak sobie myślę, że chyba nie nadaję się już do mieszkania w bloku. Choć mój duży nie jest (charakterystyczny bloczek z przełomu lat 50/60 katowickiej Koszutki), to jednak ciągłe doświadczanie dźwięków obecności sąsiadów, zwłaszcza w tym dla mnie szczególnym czasie, to zbyt wiele. To takie tło, które zazwyczaj w dużym natężeniu nie występuje, ale występuje nieustająco. Szczególnie chciałabym się pożegnać z rytmem dnia moich sąsiadów z góry. Każdy krok, każda rozmowa, tym bardziej kłótnia, kotlety w niedzielę, spuszczanie wody w toalecie, wizyta wnuków. Nie chcę w tym uczestniczyć i nie dlatego, że mam coś przeciwko tym ludziom, tylko dlatego, że nie chcę być zmuszana do bycia częścią ich codzienności. Nie tego potrzebuję.
Czasem się zastanawiam, na ile jest to tylko przewrażliwienie spowodowane moją kondycją psychiczną, niedawnymi kłopotami, i po prostu mój system nerwowy nie jest już w stanie tego przyjąć. A na ile, jako ludzie, tak zbiorowo, przekroczyliśmy rozsądne i zdrowe dawki hałasu, który serwujemy sobie każdego dnia.
Z biegiem czasu zmieniam swoje nawyki. Parę lat temu przestałam słuchać radia – krzykliwe reklamy oraz nadmiar dźwięków przypadkowych piosenek, powodował u mnie irytację.
Chodząc po mieście, często z rozmysłem wybieram trasę, która nie prowadzi wzdłuż ulic o największym natężeniu ruchu (ruch uliczny to też temat z tego gatunku, ale teraz go nie rozwinę).
Kiedyś wystarczyło, że spędziłam dzień w górach, albo pojechałam na spacer do lasu, by się głęboko wyciszyć. W tej chwili to mi nie wystarcza. Marzę o ciszy, która może mi towarzyszyć w moich codziennych czynnościach. W zasypianiu, w powolnym witaniu dnia, w zwykłości.
Mam poczucie, że wiele da się zrobić w kwestii ograniczenia hałasu, ale jest jeden warunek. Musimy kierować się dobrem nas wszystkich, myśleć o dobrostanie społeczności wokół, nie tylko o swojej własnej wygodzie.
Wrócę jeszcze do tematu dmuchaw. Moja znajoma Iwona Szoka, równocześnie Prezeska Zarządu Fundacji Opus Unicus, stworzyła petycję, będącą listem otwartym do Wojewody naszego województwa Marka Wójcika z prośbą o ograniczenie dmuchaw w przestrzeni publicznej.
Jej treść znajdziesz TUTAJ.
Jeśli i Tobie przeszkadza nadmierny i bezsensowny hałas, czujesz że zwyczajnie masz już dość zanieczyszczenia dźwiękiem, proszę podpisz tę petycję. Presja społeczna ma sens.
styczeń 2026
